O, hura. Blogger nie chciał mnie wpuścić. Na szczęście mu się odwidziało.
Już od piątku mówiono, że sypnie. Dzieci czekały, ja czekałam (choć autochtoni nie mogli tego zrozumieć). Owszem, próbowało prószyć, tak, rano było kilka płatków na ogródku (zwanym dla niepoznaki żwirownią), wzgórza na horyzoncie pobieliło. ...Ale to ciągle nie to. A w sobote padał deszcz, choć było zimno niesamowicie.
Ubraliśmy się jak misie i wyruszyliśmy na poszukiwania. Zaraz za główną drogą zmieniliśmy strefę klimatyczną. Zrobiło sie biało.
Mieliśmy jechac dalej, ale stan dróg i stan aut na poboczu trochę nas przeraził. Zrezygnowaliśmy z gór i wylądowealiśmy bliżej, w lesie. I chociaż było mokro (śnieg był idealnie lepiący), z drzew się lało, to sypał naprawdziwszy śnieg.
Starczyło go na całego bałwana i na mnóstwo zabawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz