Szkolny kiermasz świąteczny.
Myślałam o nim już od roku, może dłużej. Wreszcie wymyśliłam. Jak nie teraz, to kiedy? Pewnie nigdy. Zamiast przygotowywać się sukcesywnie wyszło trochę na ostatnią chwilę, jeśli można nazwać ostatnią chwilą miesiac przed.
Miały być szydełkowe gwiazdki i koniec. Potem doszły dziergane choineczki (w mega ilości trzech sztuk). Potem pierniczki
potem ciastka. Z tych przepisów:
ciasteczka z rudolfem i
ciasteczka balwanki.
Było trochę zabawy z lukrem królweskim - pierwszy raz z nim pracowałam i nie do końca mi się udawało. Mam nadzieję, że to tylko kwestia wprawy. Ciasteczka pofałdowały się jak karpatka :) Te z moich wypieków pozostały niedoścignionym wzorem.
A jaki był finał? Wyszło super. Naprawdę, nie myślałam, że aż tak. A jaka frajda, jak podsumowały starszaki. Frajda rosła z każdym przedanym, ciastkiem, z każdą obejrzaną gwiazką. Zostało dosłownie parę paczuszek pierniczków (pokusiłam sie o pakowanie ciastek w saszetki z folii i obwiązywanie wstążeczką - wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakie to czasochłonne, ale tak ładnie wyglądało).
Teraz już wiem. Byłam, zobaczyłam ... i chcę jeszcze.
Kto by się spodziewał?