Rok temu była ta pierwsza okrągła, najbardziej pamiętna (przynajmniej jak dotąd). Dlaczego? Bo Potomek kończył ospę (znosił ja bynajmniej nie mężnie), a dziewczynki zaczynały. Pogoda była piękna i to było tyle pięknych rzeczy w tamtym dniu.
W tym roku pogada była mniej piękna, w placówkach edukacyjnych znowu panowała ospa, ale tym razem nas to nie dotyczyło (uf). MzK w Ten dzień i okoliczne pracował na nocki, więc był praktycznie niedostępny. Za to Starszaki stanęły na wysokości zadania i posprzątały pokój.
-Mamo, a skoro to jest ten dzień, kiedy pamiętasz o swoim balecie (!), może być taki ładny obiad, że sami będziemy sobie nakładać? - spytała Biedronka. Ładnego obiadu nie było, bo Starszaki chwilę wcześniej skutecznie podniosły mi ciśnienie , które doleciało gdzieś do księżyca.
Za to następnego dnia było ładne śniadanie. Z talerzykami, widelczykami, serwetkami i całą resztą ładnych rzeczy. W piżamach. Nawet MzK się załapał i wszyscy byli szczęśliwi.
A potem pojechaliśmy do lasu, nad rzekę. Było słonecznie i zimno.
W lesie zakwitły dzwonki i gdzieniegdzie pojawiły się niebieskie dywany kwiatów.
Strumyki trochę podeschły - już dawno nie padało tak porządnie, ciężko znaleźć choćby najmniejszy skrawek błota.
Przyroda rozbudziła się już zupełnie. W drodze towarzyszyły nam motyle, ale tylko rusałka pawik przysiadła na dłuższą chwilę by zrobić jej zdjęcie.
Tak świętować, to ja lubię ;)