Ostatnim razem pisałam o skarbach znalezionych na plaży.
Jakiś czas temu, jeszcze przed erą Maluchów wybraliśmy się na wycieczkę rowerową.
Na miesiąc. Dookoła Islandii. Wiecie śpiwory, namiot, palnik na benzynę itp. (potem na tych rowerach wróciliśmy z Anglii do Polski, ale to już była inna wycieczka)
Jednego wieczoru rozłożyliśmy się w pięknym miejscu, nad fjordem tuż za drugim co do wielkości miastem Islandii - Akureyri.
Właśnie tam znów ujawniło się moje zbieractwo. Nawet MzK zaraziłam. Tak wyglądały nasze łupy.
Piękne szczotki krystaliczne i pojedyńcze kryształy.
Niestety mogliśmy sobie wybrać tylko po małym kamyczku. W sakwach nie było za wiele miejsca, rowery i tak już ważyły po 50 kilo (przeszło!), a do przepedałowania ciągle zostawało kilka tysięcy kilometrów.
Ale jeszcze kiedyś tam wrócimy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz