Okoliczności przyrody były bardziej niż sprzyjające. Lekki mróz ścinający błoto, trochę wiaterku (przynajmniej tak się wydawało z perspektywy siedzenia w mieście), błękitne niebo, słońce jak w sierpniu, wolne i wszyscy prawie zdrowi (co się nieczęsto zdarza).
Zupełnie zapchany parking próbował pokrzyżować nam plan wyjścia na szlak w Peak District, ale się nie daliśmy ;)
Z zacienienionej i lodowatej (dosłownie i w przenośni) zatoczki trafiliśmy na zalaną słońcem ścieżkę.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie za ciepło sie ubraliśmy. Było tak miło i przytulnie. Choć mróz czaił się tuż obok.
Po wejściu na wrzosowiska pochwycił nas wiatr, choć jeszcze rozgrzani wdrapywaniem się pod górę nie zwracaliśmy na niego uwagi.
Błoto jak widać nie wszędzie zamarzłoa. A Starszaki miały sporo radochy w poszukiwaniu przejrzystych tafli lodu.
Niestety wkrótce chłód dał o sobie znać i trzeba było wracać. MzK wysforował na przód w towarzystwie szlochającej Najmłodszej, a ja ratowałam przemarzniete łapki chlipiącej Biedronki i Potomka. Odprowadzały nas kumkania pardwy górskiej. Fajnie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz