poniedziałek, 13 marca 2017

Niedziela

Za siódmą górą, za którąś-tam rzeką i za rzeką owiec czekały na MzK łożyska. Dwa i do roweru, jakby ktoś pytał. Jako że trasa nienajkrótsza postanowiliśmy się załadować z dziećmi do wozu, coby się Małżonkowi ta droga nie przykrzyła. Przy okazji skorzystać na miejscu z prawie pogody i się przejść. Gdzieś blisko, po wiosce może, nie ubłocić za bardzo.

Po trwającym wieczność oczekiwaniu na MzK z łożyskami Biedronka stwierdziła że chce w góry. Wysokie (!) Klamka zapadła.


Gdzie idziemy? W lewo? O jak fajna jaskinia, ale nie będziemy tam schodzić, bo ogrodzenie jeszcze na ziemi leży. Nie Potomku, to że ktoś je przewrócił, to nie znaczy, że my tam musimy wejść.


Droga w lewo idzie do szosy? To chodźmy w prawo, nie będziemy wracać po pięciu minutach. Na prawo góra? To przejdźmy się chociaż kawałek, fajna pogoda, rozgrzejemy się. Słońce się skończyło? Ale jesteśmy już w połowie, chyba nie będzie już mocniej wiało. A jednak. Sztormiaki zamieniało w baloniki, szarpało kapturami i trzeba było trzymać Biedronkę. I tak od słowa do słowa weszliśmy na mityczny Mam Tor (517m) najłatwiejszą trasą, ale jednak. Brawo mali zdobywcy!

Mam Tor od strony osuwiska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz