Idziemy błotnistą drogą. Padało parę dni temu, ale tutejsze kałuże wysychają tylko, gdy jest naprawdę upalnie. Dziś nie jest. Jest za to niewiele ponad 20 stopni i pochmurnie. Starszaki porwane prosto spod szkoły świergocą o kąpaniu. Las już nieco zmęczony zielenią jakby nie mógł się zdecydować czy zostać jeszcze w lecie, czy wskoczyć w kalosze jesieni.
Rozkładamy koc na trawie w zakolu rzeki. Jest pusto, cicho... To znaczy było, dopóki się nie zjawiliśmy. Korale jarzębiny kąpią sie razem ze starszakami. Potomek ogółnie szaleje, Biedronka woli bardziej statyczne stanie na kotwicy, ewentualnie trochę powiosłuje łopatką. Kurczak od niechcenia moczy stopy i bije rekordy w rzutach w dal kamykami.
Nagle nadlatuje nietoperz, kręci sie nad naszymi głowami, jest cudny, delikatny. Przez sekundę kiełkuje myśl, żeby skoczyć po aparat. Ale.. Lepiej podziwiać piękno gołym okiem. Chwilo trwaj.
Robi się chłodno. Pakowwać się pomagają chmary meszek. Pojawiły się nagle, wyganiają nas w tempie ekspresowym ze swojego terytorium. Żarłoczne insekty.
W drodze powrotnej bonus - spora żaba ładuje się w krzaki. Nie można ominąć takiej lekcji przyrody.
Puenta:
Następnego dnia dzwoni nauczycielka Potomka. Czy moge odebrać syna, bo chyba ma ospę wietrzną, jakieś bąble mu wyskoczyły.
Następnym razem przy okazji bratania się z naturą (czasem kłującą i swędzącą) trzeba będzie powiadomić szkołę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz