Tablet dalej wykonywał swoja zwykłą pracę. Może czasem pajęczynka przeszkadzała w czytaniu. Aż pewnego dnia...
Na obiad miały być zupełnie dla odmiany frytki. Z piekarnika. Po załadowaniu tychże na blachę Matka poszła poszperach trochę w archiwach filmowych o historii nieznanej jej wcześniej. Minutnika nie nastawiła, o frytkach zapomniała.
W pewnym momencie nos się zbuntował, a Matka z szaleństwem w oku rzuciła się ratowac zawartość piekarnika.
I wtedy go dostrzegła. Nie był rozgrzany do białości. Ani nawet do czerwoności. W ogóle nie zmienił koloru. Choć rozgrzany był zdecydowanie. Stał samotny, oparty kątem o ścianę, a strumień gorąca buchał mu na obudowę gdzieś tak od pół godziny. Wydawał ODGŁOSY.
Dochodził do siebie na dworze. Chyba nawet kropiło. Gdy przestał grozić wybuchem baterii, trafił pod kroplówkę z elektronami. Pił łapczywie i długo spał. Oczko mu zaśniedziało i już nie mógł robić fotek. Ale... działał. Choć trochę zwolnił, jak na weterana przystało, rehabilitacja nie była mu potrzebna.
Parę dni temu zaliczył kąpiel - jednym głośnikiem (przemilczmy jednak szczegóły tej kompromityującej sprawy). Teraz trochę trzeszczy i - chyba to już nikogo nie zdziwi - DZIAŁA.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz