sobota, 5 sierpnia 2017

Historia pewnego tabletu cz.1

Nie tak dawno temu, za wcale nie tak wielką wodą - no dobra, może i za kilkoma górami - w pewnym mieście żył pewien tablet.

Mieszkał w gwarnym miejscu. Nieraz martwiał ze strachu, gdy ktoś przebiegał tuż koło jego ramki - tupot małych stóp przyprawiał o drżenie procesora.

Czasem cyknął fotkę, wystukał wiadomość, puścił trochę pikseli lub decybeli. Częściej jednak szperał po internetach. Czasem małe stopy zwijały go Tacie po kryjomu, by przenieść się w świat kreskówek lub marzeń. Czuł się potrzebny i bardzo użyteczny. Bardziej niż pewna lokomotywa z pewnej bajki.

Przenieśmy się w czasie...

Tata śpi. Siostra śpi. Kornik nie. I się nudzi. Skrada się... cap... wdrapuje na pięterko do łóżka (...) zasypia... (...) Łup!!! Matka podskakuje w kuchni. Nasłuchuje... Nikt nie płacze. OK, czyli żadne dziecię nie zleciało z łóżka. Pewnie jakaś książka. Można wrócić do pomywania.

Przenieśmy się w czasie...

Matka przypomina sobie o spadniętej książce. Z jednym okiem na zapałce (drugie nie chciało się już odkleić) z gracją motyla zakrada się do pokoju Starszaków. Jest książka. Jakaś srebna. Trybki kliknęły. Przecież nie mamy takiej książki! Matka na bezdechu podnosi tablet. Pajęczynka zbitej szyby, zgnieciony róg... Darujmy sobie opis poranka. Pozostawmy tylko wspomnienie tabletu leżącego na komodzie, w ciemnym pokoju, poobklejanego kolorowymi karteczkami w stylu "Uspokój się" czy "Nie budź go"...

Przenieśmy się w czasie...

Działa! Niemożliwe, a jednak. Z ekranem na temblaku, z obklejonym taśmą rogiem. Działa. Jako że jest to opowieść o tablecie, pominiemy argumenty jakich użył Kornik w obronie własnej (to nie ja!?).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz